To, że mamy kryzys, taki z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko wirtualny, finansowy albo bankowy, jest już faktem. To widać choćby po tym, że teraz zaczyna się walka o to, jak go zwalczać: poprzez ulgi dla przedsiębiorstw, niższe podatki i stopy - aby firmy mogły zachować miejsca pracy i nie ograniczać inwestycji, czy raczej, jak chcą związki zawodowe, przez dotowanie konsumpcji, zwiększenie płac, aby konsumenci mogli więcej wydawać i poprzez popyt skłonić firmy do inwestowania. Ten spór jest tak stary jak konflikt między pracą i kapitałem, i on się nie rozstrzyga według tego, kto ma rację, tylko według tego, kto ma więcej władzy i większy wpływ na rząd i parlament.
Ten konflikt rządzi się pewnymi prawami, które można nazwać prawami kryzysu. Według niektórych z nich kryzys wcale nie musi być tylko negatywny. Stanowi też szansę i - jak każdy konflikt o dostęp do pieniędzy i władzy - daje niektórym grupom możliwość wzbogacenia się. Kto teraz ma dużo gotówki, może sobie pozwolić na więcej niż w czasach boomu, bo przedsiębiorcy w pogoni za klientami będą obniżać ceny wielu zgromadzonych przed kryzysem towarów, aby się ich pozbyć. Nigdy amerykańskie laptopy nie były tak tanie jak obecnie. Przedsiębiorstwa z dużą ilością gotówki mogą za bezcen wykupić zadłużoną konkurencję, której wartość akcji spada. Gorzej z pracownikami - ich siła przetargowa wobec pracodawców zniknie i realne płace albo staną w miejsce, albo nawet spadną. To zaś może się przyczynić do większej rentowności całej gospodarki - która ucierpiała na skutek podwyżek wymuszonych masową emigracją zarobkową po 2004 roku.
Kryzysy mają też polityczne konsekwencje: sprzyjają partiom skrajnym, prawicowo-populistycznym tak samo jak lewicowo-roszczeniowym, a zwłaszcza takim, które opowiadają się za wyższymi karami i większą represyjnością państwa, szukają kozłów ofiarnych, układów, przestępców i zewnętrznych i wewnętrznych wrogów. Z tego punktu widzenia PiS robi błąd, że akurat teraz przepisuje swój program wykreślając tam sztandarowe hasła o "walce z układem". PiS ma o wiele lepsze szanse "wygrać" na kryzysie niż pozostałe partie. Stracą na kryzysach niemal zawsze partie liberalne i partie rządzące, bo kryzys obnaża fakt, że rządy nie są w stanie w pojedynkę zapobiec kryzysom, mogą co najwyżej pogłębić albo załagodzić niektóre skutki.
Ogólnie rzecz biorąc, kryzysy są fantastycznymi przykładami tego, co w naukach politycznych nazywa się "dylematem działań zbiorowych": racjonalność pojedynczego działania nie przekłada się na racjonalność w ramach całego społeczeństwa. Z punktu widzenia pojedynczego obywatela racjonalne jest, aby w czasach kryzysu oszczędzać (bo nie wiadomo, jak długo kryzys będzie trwał i jak nas dotknie). Z punktu widzenia całej wspólnoty, całego państwa jest to irracjonalne, bo właśnie takie zachowanie powoduje, że kryzys się pogłębia, bo konsumpcja spada i za nią inwestycje i zatrudnienie. To pokazuje, jak bezsilne są rządy wobec zbiorowego działania obywateli. To jest moje osobiste "prawo kryzysowe": nie oczekiwać za dużo od władz, bo one też są bezsilne, w Polsce, w Niemczech i w Ameryce. Kryzysów nie powodują spekulanci ani politycy - my je robimy sami. Mało to pocieszenie, skoro nie ma możliwości, abyśmy mogli siebie powstrzymać od takiego zgubnego, a zarazem racjonalnego zachowania
* Klaus Bachmann - prof. politologii na Uniwersytecie Wrocławskim i w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej
Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław