Do tragedii doszło w czwartek przed godz. 19 w mieszkaniu na pierwszym piętrze bloku przy ul. Zbyszewskiego w Rzeszowie. - Huk był potworny. Nikt nie przypuszczał, że Marcin znosi do domu jakieś materiały chemiczne. Taka tragedia spotkała jego i jego rodzinę - mówi sąsiadka z naprzeciwka. Kobiecie łamie się głos. Płacze.
Sąsiadka z parteru przez domofon dopowiada: - Marcin to taki spokojny, ułożony chłopak...
Pani Ewa, sąsiadka z drugiego piętra: - W bloku nie było sympatyczniejszego człowieka od Marcina.
- Dopiero po tej tragedii dowiedzieliśmy się, że "Murzyn" interesował się też materiałami chemicznymi. Nigdy wcześniej tego nie zaobserwowaliśmy - mówią koledzy i koleżanki z roku Marcina. 21-latek jest na trzecim roku budownictwa na Politechnice Rzeszowskiej.
- "Murzyn"? - dociekam.
- Tak. Na Marcina wszyscy tak mówią. Ma ciemną karnację i ciemne włosy. Wykładowcy też wiedzieli, o kogo chodzi, gdy słyszeli tę ksywkę - odpowiadają znajomi 21-latka. - Interesował się meteorytami, zbierał je - słyszę od kolegi Marcina. Sprawdzam w internecie. Marcin jest jedyną osobą z Rzeszowa, która należy do Polskiego Towarzystwa Meteorytowego.
Sąsiedzi i koledzy ze studiów Marcina są w szoku po tym, co się stało w czwartkowy wieczór. Ze wstępnych ustaleń policji wynika, że Marcin K. przeprowadzał w domu eksperyment chemiczny. - Najprawdopodobniej konstruował petardę - mówi Paweł Międlar z Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie. W niewyjaśnionych okolicznościach doszło do eksplozji. 21-latek stracił ręce i oczy. Ma rozerwany brzuch, zranioną głowę, klatkę piersiową. Jest w szpitalu na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej.
Wybuch był tak duży, że zniszczył ściankę działową, meble i część wyposażenia mieszkania. Z okna wyleciały szyby. W mieszkaniu, oprócz Marcina, w chwili wybuchu byli jego rodzice, bratanek i bratanica oraz ich trzyletni synek. Im nic się nie stało. Do mieszkania przyjechali policyjni antyterroryści. Z czterech klatek ewakuowano lokatorów.
- W mieszkaniu znajdowało się kilkadziesiąt szklanych i plastikowych butelek z cieczą i białym proszkiem. Zabezpieczyliśmy także małe pojemniki po kliszach fotograficznych, w których były substancje chemiczne. Ewakuowaliśmy lokatorów w obawie, że może dojść do kolejnych eksplozji - dodaje Międlar. - O niebezpieczeństwie niech świadczy i to, że materiały chemiczne były przewożone przyczepą pirotechniczną. Ewakuowani lokatorzy do mieszkań wrócili około godz. 23. Wybuch w mieszkaniu nie uszkodził konstrukcji bloku.
Policja twierdzi, że nie miała wcześniej sygnałów, że w mieszkaniu K. są niebezpieczne substancje chemiczne. Jak dowiedzieliśmy się w prokuraturze, nawet ich pocieranie groziło eksplozją. W piątek po południu część chemikaliów została zdetonowana.
- Biegli uznali, że nie można ich przetrzymywać, bo te substancje źle znoszą dodatnią temperaturę - mówi Tomasz Kozak, prokurator Prokuratury Rejonowej w Rzeszowie, który prowadzi śledztwo w sprawie czwartkowej tragedii. - Pozostałe chemikalia zostaną zbadane. Na razie nie wiemy, co to są za substancje. Po uzyskaniu wszystkich informacji z policji najprawdopodobniej zostanie wszczęte śledztwo w sprawie sprowadzenia niebezpieczeństwa na życie domowników.
Marcin w szpitalu walczy o życie. - Obrażenia, jakich doznał, są bardzo poważne. Jego stan jest krytyczny - poinformował Wojciech Chmiest, ordynator oddziału.
- Marcin jest podłączony cały czas do respiratora. Jest w farmakologicznej śpiączce. Podajemy mu silne leki przeciwbólowe, ale pacjent nie odzyskał przytomności - usłyszeliśmy od lekarzy w piątek po południu.
- Marcina wszędzie było pełno w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Nie jest typem naukowca, który by godzinami siedział w książkach, nie chował się przed ludźmi. W nauce nie był systematyczny, ale gdy trzeba było, to się mobilizował, był dobrym organizatorem. Bardzo wesoły chłopak, pomocny... No szok, szok po tym, co się stało - słyszę od kolegów Marcina ze studiów.
Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów