Według przepisów informacja publiczna to każda wiadomość wytworzona lub odnosząca się do władz publicznych, do faktów i stanów istniejących. Dotyczy każdej informacji, która związana jest z działaniem urzędów. Obywatele mogą więc pytać urzędników praktycznie o wszystko. A oni mają obowiązek w ciągu 14 dni odpowiedzieć. Jak pokazuje przeprowadzone przez Pozarządowe Centrum Informacji Publicznej i Klinikę Dialogu badanie, z obowiązku tego wywiązują się bardzo różnie.
Na przełomie maja i czerwca blisko 400 instytucji z kraju dostało pytania mailem lub listem poleconym. Pytał bądź Arkadiusz Sprzęga, bądź Anna Janik-Bąk, wirtualne byty skonstruowane na potrzeby badania. O rzeczy proste - szpitale, np. o liczbę potencjalnych dawców organów, jacy zarejestrowali się u nich w ostatnim czasie; albo starostwa i urzędy miast, o korzystanie z samochodów służbowych w celach prywatnych czy liczbę i koszt zagranicznych delegacji.
- Odpowiedzi uzyskaliśmy zaledwie w 27 proc. przypadków - mówi Jadwiga Janik z Kliniki Dialogu. Na tle kraju Podlaskie wypadło dobrze. Z siedmiu sprawdzonych instytucji, informacją z obywatelem podzieliły się cztery. Trzy nie.
- To ewidentnie nasza wina. Rzeczywiście pytanie o ilość i koszt delegacji zagranicznych naszych pracowników trafiło do nas mailem 6 czerwca. Przez przeoczenie nie trafiło do właściwego wydziału. Nie powinno się tak zdarzyć, ale w zalewie wiadomości, jakie dostajemy na ogólną skrzynkę, pytanie od osoby prywatnej nam po prostu umknęło. Bardzo przepraszamy i już wysyłamy odpowiedź - mówi Teresa Muszyńska, rzeczniczka starostwa powiatowego w Białymstoku.
Przeoczeniem w mnóstwie innych maili tłumaczy się też naczelnik wydziału promocji starostwa łomżyńskiego Edyta Zawojska (tu pytano o liczbę organizacji pozarządowych, z jakimi powiat współpracuje, i ilość pieniędzy, jakimi je wspiera).
- Codziennie trafia do nas wiele różnego rodzaju pytań, ankiet, ofert. Co gorsza, z powodu wymiany sprzętu maile z początku lata się nie zachowały - mówi naczelnik.
Podkreśla, że brak odpowiedzi absolutnie nie wynikał ze złej woli starostwa.
- Często pomagamy np. osobom piszącym prace magisterskie. Szczerze przyznam, że takie pytanie od zwykłego obywatela byłoby pierwszym, z jakim się zetknęłam - dodaje Zawojska.
Do winy przyznała się ostatecznie także Bożena Karpowicz, dyrektor IV LO w Białymstoku. Do jej szkolnej biblioteki, listem poleconym, trafiło pytanie o kupowane książki i prenumerowane czasopisma. Konkretnie - o ich ilość w ubiegłym roku szkolnym.
- To była mała karteczka, od prywatnej osoby, bez pieczątek. Budziła wątpliwości... W szkole mieliśmy nerwową atmosferę związaną z maturami - tłumaczy dyrektorka.
Jadwiga Janik przypomina, że dostęp do informacji publicznej gwarantuje wszystkim obywatelom zarówno art. 61 Konstytucji, jak i ustawa o dostępie do informacji publicznej. Nieuzasadnione jej nieudzielenie jest przestępstwem, za które grozi grzywna i kara pozbawienia wolności do roku.
- Nie wiem, czy to brak znajomości prawa, czy niechęć do społecznej kontroli. Podobne problemy mieliśmy w kilku szkołach. A co do formy - specjalnie wysyłaliśmy te pytania na połówce kartki A4, pisząc je jak najprostszym językiem. Tak, jak zrobiłby to przeciętny Kowalski - komentuje Janik. Podkreśla, że celem badania nie było karanie testowanych instytucji, nikt więc nie będzie składał doniesienia o złamaniu przepisów. A mógłby - w Polsce kilku urzędników skazano już za takie przestępstwa. Do więzienia żaden z nich nie poszedł, stracili jednak status osoby niekaranej, a co za tym idzie - pracę.
- W tym badaniu nie chodziło nam o piętnowanie kogokolwiek. Raczej o edukowanie społeczeństwa, że ma ono prawo pytać i że instytucje mają bezwzględny obowiązek odpowiadać i udostępniać informację publiczną - podsumowuje Janik.
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok