Tykocin. Magiczna Złota cynamonowa

Monika Żmijewska
2010-08-29, ostatnia aktualizacja 2010-08-29 14:02

Po zmroku uliczka Złota przeżyła reaktywację. W stylu schulzowskim i cynamonowym. I wrócił na chwilę klimat epoki z przedwojnia, kiedy obok siebie żyli sąsiedzi polscy i żydowscy

Zdjęcie w starym stylu, wysyłka mailem
Fot. Agnieszka Sadowska / Agenc
Zdjęcie w starym stylu, wysyłka mailem
SERWISY
W sobotę w Tykocinie mieszkańcy przywołali odrobinę przedwojennej atmosfery tykocińskiego handlowego rejwachu, kiedy Złota tętniła życiem, pełna była sklepików, kulinarnych przybytków i rzemieślniczych zakładów. W sobotę o niektórych przypominały tylko szyldy namalowane wcześniej podczas warsztatów przez studentów warszawskich i poznańskich Akademii Sztuk Pięknych. I tak, idąc wzdłuż uliczki można było się dowiedzieć, gdzie był warsztat zegarmistrzowski braci Edelsztejn, sklep kolonialny u Fridy Gerszun, zakład cholewkarski Józefa Zalewskiego czy warsztat czapniczy. Do niektórych miejsc można było zajrzeć i na chwilę przeżyć zderzenie z epoką minioną. W dawnym warsztacie braci Edelsztejn zainstalowało się np. atelier fotograficzne. Ci odważni, których zaciekawiła kartka na drzwiach: "robimy zdjęcia w stylu retro", wpadali w objęcia ślicznej fotografki Anny Kulikowskiej, ubranej w strój przedwojennej elegantki i z aparatem fotograficznym w dłoniach. Każdy mógł sobie wybrać jakieś ubranie (sukienki sprzed kilkudziesięciu lat, kapelusiki, kokardy, futra), przebrać się za parawanem, stanąć przed obiektywem - i przy dźwiękach szlagieru "Ta ostatnia niedziela" - zrobić sobie zdjęcie, na którym każdy wyglądał, jakby czas cofnął się do roku, dajmy na to, 1938.

- I to wszystko za darmo? Cała ta zabawa i zdjęcie? - pytała dziewczyna, która do fotografii wybrała futro i kwiecistą sukienkę.

- Tak, proszę zostawić na siebie namiary, opisać na kartce, jak pani wyglądała, i zdjęcie prześlemy na mejla - odpowiadała fotografka.

Nieopodal, w sklepiku spożywczym, normalnym, współczesnym, pełnym gum balonowych, zup w torebkach i innych XX-wiecznych ingrediencji, na pierwszy rzut oka niby nic nadzwyczajnego na klientów nie czekało, poza szyldem "towary kolonialne". Ale gdy się weszło już głębiej niespodzianka. W tle piosenki z przedwojennego kina, za ladami - ekspedientki w strojach jakby wprost z balu z lat 30. Na dłoniach rękawiczki, na głowach fikuśne przepaski z kokardami i piórem, na atłasowych bluzkach - perły. Gdyby nie fakt, że panie wstukiwały kody kupowanych produktów do nowoczesnych kas, a jakaś klientka mówiła: "pięć kabanosów proszę", można byłoby ulec filmowemu złudzeniu.

W pobliskiej maleńkiej cukierence ekspedientka za ladą była już ubrana w nieco innym stylu: mniej balowym, bardziej handlowym: na głowie coś w rodzaju czepeczka, na ramionach chustka. Urocza sklepikarka, jak ze starych zdjęć. Za dosłownie grosze można było kupić kawałek szarlotki, herbaty owocowej napić się za darmo, usiąść przy okrągłym stoliczku przy lampce, konsumować i oglądać archiwalne zdjęcia z przedwojennych filmów polskich.

Klimat przedwojnia przełamywała nieco, ale w bardzo ciekawy sposób, akcja artystyczna studentów malarstwa, którym gmina Tykocin na jedną noc oddała opustoszały i niszczejący drewniany dom przy ulicy. Malarze na ścianach malowali, co tylko chcieli: słoneczniki, wykrzywione twarze, abstrakcje. Dom, tak jak Złota, też na swój sposób odżył - artystycznie.

Warto było zajrzeć też do Domu Talmudycznego przy synagodze, gdzie w sali poświęconej aptekarstwu królowała Ewa Wroczyńska, dawniej szefowa muzeum w Tykocinie, dziś już na emeryturze, ale nadal włączająca się we wszystkie akcje pielęgnujące pamięć o tradycji i kulturze miasteczka. Wśród buteleczek, etykiet, szuflad pełnych tajemniczych receptur i archiwalnych zdjęć na ścianach wnuczka aptekarza (choć z Czarnej Wsi) opowiadała o aptekarskiej przeszłości Tykocina, swoim dziadku, najwcześniejszych wspomnieniach z aptecznej kuchni. I o wielu ciekawych historiach, jak np. o tym, że ciało króla Zygmunta Augusta, który zmarł w Knyszynie, balsamował nie kto inny, a Franciszek Wolski, tykociński aptekarz i jednocześnie wójt miasteczka (o czym mówią najwcześniejsze zapiski dotyczące Tykocina).

Miło i magicznie było tak spacerować po ciemnej tykocińskiej uliczce. Słabe światło z ulicznych lamp wydłużały cienie, gdzieś przemykał kot, rozświetlone wnętrza poszczególnych sklepików zapraszały, by wejść do środka z mglistego deszczowego podwórka, gdzieniegdzie zza węgła - odpowiednio wystylizowane przez artystów - wyglądały manekiny (jak żywcem wyjęte z książek Brunona Schulza).

Rzeczywiście, momentami można było odczuć coś na kształt atmosfery ze "Sklepów cynamonowych". Schulz - miłośnik wielonarodowych małych miasteczek, ich swojskiej, ale i tajemniczej atmosfery, o której z takim pietyzmem pisał - był poniekąd patronem przedsięwzięcia. Hasłami zaś reaktywacji uliczki Złotej były: "nocny handel" i "Noc Wielkiego Sezonu", tak fenomenalnie opisane w "Sklepach ".

Takiej Nocy Wielkiego Sezonu - jeszcze intensywniejszej, w większej ilości przybytków, w Tykocinie, w ramach Festiwalu Domu - moglibyśmy sobie życzyć i za rok.

Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów