Z zawodu jestem indianistą

Joanna Klimowicz
2010-07-29, ostatnia aktualizacja 2010-07-30 12:19

Wiem, że nie ma takiego zawodu, ale to nie mój problem, tylko urzędników - mówi Sioux. Howgh. Zgadzamy się

Pióropusze i totemy - raj dla dzieci
Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja
Pióropusze i totemy - raj dla dzieci
Mamy na Podlasiu 34. Międzynarodowy Zlot Przyjaciół Indian. Przez cały tydzień, aż do soboty, rozsiedli się na podsupraskim Pólku. Tańczą, śpiewają, gawędzą, zamiatają piach frędzlami spodni.

Od 34 lat spotykają się bez przerwy. Nawet w stanie wojennym. To chyba najstarsza impreza cykliczna tego typu - starszy brat zlotów rycerstwa i polskich harleyowców. Na Podlasiu goszczą po raz trzeci, na zaproszenie Mirosława "Siouxa" Bogusza.

W wiosce i w faktorii

Sioux przed południem występuje jeszcze w "cywilnym" czarnym T-shircie, ale z nieodłącznym naszyjnikiem z kości, muszli, srebra i paciorków. Pokazuje nam piaszczystą arenę - miejsce egzotycznych pokazów (ale dobrze nagłośnioną, po której mistrz ceremonii biega z mikrofonem), otoczone kamieniami miejsce na przeogromne ognisko (przy którym co wieczór snuje się opowieść), wioseczkę indiańskich tipi (w których toczy się normalne rodzinne życie). Aha, i faktorię - czyli bar pod namiotem. Ona rządzi się innymi prawami niż wioska, w której obowiązuje absolutny zakaz wnoszenia i spożywania alkoholu. Reguła się sprawdza, bo przez 34 lata, na żadnym ze zlotów, nikt nikomu "nie dał w gębę", jak mówią starzy Indianie.

Na straganach przy ścieżce do faktorii lśnią kolczyki z turkusowych paciorków.

- Tylko 8 złotych, promocja - kusi sprzedająca je dziewczyna.

Przedpołudnia są dla nich - rozmawiają o tym, co u kogo słychać, co u dzieci, wnuków (bo na zloty przyjeżdżają już całe wielopokoleniowe rodziny), antropolodzy czy historycy wymieniają się fachowymi informacjami, a rękodzielnicy - półproduktami, trudnymi do zdobycia w tej części świata.

Od tipi do tipi wędruje obwoływacz - "chodzący słup ogłoszeniowy", zapraszając na spontanicznie zorganizowane spotkania i dyskusje.

Na Pólko zjechało około 400 osób. To rzeczywiście mniej niż podczas rekordowych 1,5-tysięcznych zlotów, ale indianiści z południa Polski, dotkniętego powodzią, myślą teraz o czymś zgoła innym niż wypoczynek i zabawa.

Po południu, około godz. 15 zaczynają się pokazy i pogadanki otwarte dla gości. Jak co roku nie brakuje prawdziwych fachowców. Pod koniec tygodnia szykuje się jeszcze np. spotkanie z Aleksandrem "Cheyenem" Sudakiem, autorem książek popularnonaukowych.

To nie Grunwald po indiańsku

Indianistyczna pasja Siouxa zaczęła się... Tak, oczywiście, że w dzieciństwie, ale nie od książek Karola Maya, jak to zwykle bywa, ale dużo wcześniej.

- Bawiłem się w Indian jeszcze nie umiejąc czytać, więc na książki nie można tego zwalić - śmieje się Sioux, który takie indiańskie imię dostał od kolegów już w trzeciej klasie podstawówki. Pod koniec szkoły pochłonął wszystkie dostępne na rynku indiańskie książki i trudno go było w tej dziedzinie zagiąć. - Potem moja pasja ewoluowała w kierunku filozofii i rękodzieła. Zacząłem dzielić się swoją wiedzą, organizować sesje, spotkania w szkołach oraz wioski indiańskie - to ja jestem pomysłodawcą tej idei - przyznaje się "bez bicia". Jego wioska indiańska pod Grabówką tak wpisała się w pejzaż Białostocczyzny, że jest chyba równie rozpoznawalna jak Pałac Branickich.

Cały czas pogłębiał wiedzę z pomocą literatury, filmu, internetu, ale przede wszystkim osobistych kontaktów. Kopalnią wiedzy byli poznawani podczas zlotów koledzy, którzy podróżowali po Stanach, Peru, Meksyku.

Sioux jest gawędziarzem i rękodzielnikiem. W domu ma około 30 strojów, w większości Indian Wielkich Równin. Wygląda jak reklama własnego warsztatu: przy pasku skórzana kieszeń-sakwa, etui na komórkę z mięciutkiej skóry, wyszywanej koralikami. Indianiści jak wszyscy lubią otaczać się ładnymi przedmiotami, a jeśli dodatkowo podkreślają one przynależność do społeczności, to super.

- Z zawodu jestem indianistą - wyznaje Bogusz. - Wiem, że nie ma takiego zawodu, ale to nie mój problem, tylko urzędników. Od ponad 20 lat robię to, co kocham, robię to uczciwie i utrzymuję z tego rodzinę - to chyba jednak jest zawód.

Hmm, szczęśliwy człowiek to rzeczywiście taki, dla którego zawód i pasja to pojęcia tożsame. Sioux dodaje, że ta pasja nie ma w sobie nic z komercji [mimo że na zlocie sporo jest straganów sprzedających biżuterię i pamiątki, a nawet za sam wstęp do wioski trzeba płacić - red.].

- Jeśli odwiedzających zlot jest niewielu, mamy z nimi indywidualny kontakt, oprowadzamy, opowiadamy, próbujemy zaszczepić dzieciom pasję - jakakolwiek jest lepsza od ślęczenia przed komputerem. A między sobą debatujemy już na pewnym poziomie. To nie Grunwald po indiańsku - śmieje się znowu.

Żyjemy szybciej niż bije serce

Dla Jana Rzatkowskiego ze Sztumu - pasjonata tańca - to już 30. zlot. Przez cztery dni prowadzi warsztaty taneczno-muzyczne. Właściwie na co dzień też tym się zajmuje. W wieku lat siedmiu odkrył, co chce robić w życiu.

- Miałem do wyboru: albo być śrubeczką w machinie cywilizacji, albo robić to, co kocham. Dzięki właściwemu wyborowi jestem szczęśliwy. Gdziekolwiek się pojawiam, jestem kimś na kształt ambasadora indiańskiej kultury - wyznaje ciut górnolotnie. - Fakt, dumnie to brzmi, ale muszę dodać, że pokazywanie w naszym kraju innej kultury łatwe nie jest.

Miał to szczęście, że spotkał na swej drodze indiańskich nauczycieli, którzy uświadomili mu, że życie składa się z dwóch warstw, a ta duchowa jest ważniejsza i trzeba mocno nad nią pracować. Kilkakrotnie jeździł do Stanów, żył z Indianami w Północnej Dakocie, Montanie i Nowym Meksyku. Takich jak on jest w Polsce kilkadziesiąt osób. Za to dużo więcej - i liczba ta wciąż rośnie - jest tych, którzy chcą wrócić do korzeni, żyć bliżej natury. Oczywiście nie oznacza to przeprowadzenia się do tipi na cały rok, zwłaszcza w naszej szerokości geograficznej.

- Wiele osób uprawia ten zawód, co nie znaczy, że od rana do wieczora chodzą w pióropuszach i zachowują się jak Bolek i Lolek na Dzikim Zachodzie. Mam w domu żarówki, telewizor, ciepłą i zimną wodę - żartuje Sioux.

A Rzatkowski dodaje: - W szalonym XXI wieku brakuje nam zatrzymania się w tym pędzie, szybszym niż bicie serca, jak mówią Indianie. Właśnie zloty są naturalną okazją do posłuchania o medycynie naturalnej, psychologii, historii, sztuce, do pomyślenia o tym, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy.

- Do nacieszenia się pięknem przyrody - ciągnie Sioux. - Ludzie nie są stworzeni do mieszkania w betonowych miastach...

Tu mnie mają! Oddycham głębiej pachnącym sosną powietrzem, rozglądam się, cieszę oko uroczymi meandrami Supraśli. Nagle przed moją twarzą zawisa 7-centymetrowy szerszeń. Piszczę wniebogłosy i w poczuciu klęski wracam do szklanej redakcji.

Przeczytaj też: Dom noszą w sercu



Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów