To wynik najnowszego raportu Najwyższej Izby Kontroli. W tej niechlubnej wyliczance znalazły się również podlaskie lecznice.
- Zastrzeżenia kontrolerów wzbudziło wyposażenie oddziałów. W niektórych szpitalach ilość sprzętu jest niewystarczająca lub jest on przestarzały. Brakuje głównie pomp infuzyjnych i stanowisk intensywnej terapii noworodków. Ordynatorzy kontrolowanych szpitali potwierdzają, że liczba posiadanych pomp infuzyjnych zabezpiecza podstawowe potrzeby tylko na minimalnym poziomie.
Za szczególne niedbalstwo NIK uznaje brak certyfikatów i dokumentów gwarantujących sprawność aparatury, wykorzystywanej do ratowania życia noworodków - tłumaczy Paweł Biedziak, rzecznik NIK-u, i dodaje, że część państwowych szpitali nielegalnie - wbrew konstytucyjnym i ustawowym zapisom - oferuje ubezpieczonym pacjentkom płatne usługi, m.in.: znieczulenie zewnątrzoponowe i lepsze warunki pobytu.
Suwałki już ukarane Praktyki płacenia za znieczulenie przy porodzie miały miejsce w
suwalskim szpitalu ]. „Gazeta” pisała o tym w ubiegłym roku. Każda pacjentka, która chciała mieć komfort podczas porodu, musiała zapłacić 520 zł. W raporcie czytamy: „W Szpitalu Wojewódzkim w Suwałkach w 2009 r. wykonano 34 zabiegi znieczulenia porodu na życzenie pacjentek, uzyskując łącznie przychód 17.680 zł”.
- To naprawdę naganne praktyki, które wynikają z tego, że dyrektorzy różnie interpretują ustawy - mówi Biedziak.
Suwalski szpital poniósł już karę za pobieranie od pacjentek opłat. Musiał zapłacić karę - 100 tys. zł.
Grzegorz Gałązka, dyrektor szpitala w Suwałkach, wielokrotnie tłumaczył, że stosowanie znieczuleń przy porodzie (na życzenie pacjentki) pod względem prawnym jest nie do końca jasne. To Ministerstwo Zdrowia zdecydowało o wprowadzeniu jednej ceny za porody zwykłe, ze znieczuleniem i wymagające cesarskiego cięcia, co z kolei dało szpitalom możliwość różnej interpretacji przepisów. A skoro NFZ nie płacił za znieczulenie, kiedy medycznie nie miało ono wskazań, to nie ma nic złego w pobieraniu pieniędzy za to świadczenie, kiedy pacjentki wyraźnie sobie tego życzą.
Wczoraj nie znalazł czasu, aby odnieść się do raportu NIK.
W Kolnie i Łapach niewesoło Szpitalom w Kolnie i Łapach NIK wytknął zbyt małą ilość lekarzy specjalistów i braki w wyposażeniu, a sprzęt, który jest, nie zawsze ma odpowiednie atesty i certyfikaty.
- Gdybym miała za mało specjalistów, to NFZ nie podpisałby ze szpitalem umowy. W tej chwili na położnictwie i noworodkach pracuje sześciu lekarzy, i to na taki szpital jak nasz w zupełności wystarczy - mówi Krystyna Dobrołowicz, dyrektor szpitala w Kolnie.
Kolejny zarzut pod adresem lecznicy w Kolnie jest taki, że nie ma tam wystarczającej ilości pomp infuzyjnych.
- To również zarzut chybiony. Nie potrzebuję sześciu pomp infuzyjnych w chwili, kiedy średnio dziennie mamy dwa, góra trzy porody. Są trzy pompy, ale nie są wykorzystywane zbyt często - broni się Dobrołowicz.
Dyrektor szpitala w Łapach jest na urlopie. Jego sekretarka zapowiedziała, że do zarzutów NIK-u odniesie się w poniedziałek.
Inkubatory stare, ale jare Dostało się też szpitalowi wojewódzkiemu w Białymstoku. Kontrolerzy stwierdzili, że 12 inkubatorów, które są na oddziale noworodkowym, jest przestarzałych - mają od 9 do 11 lat.
- Owszem, mają tyle lat, ale są sprawne, mają atesty i spełniają wszelkie kryteria i wymagania, więc nie rozumiem, dlaczego zostaliśmy umieszczeni w tym raporcie, którego tak naprawdę główne zarzuty są o wiele bardziej poważniejsze niż stary inkubator. Przecież my nie pobieramy opłat za znieczulenie, mamy specjalistów i sprzęt - mówi Zdzisław Gołaszewski, wicedyrektor szpitala wojewódzkiego w Białymstoku.