- Trzeszczało już od rana. Zadzwoniliśmy do strażaków. Ci przekazali sprawę straży miejskiej. Strażnicy owszem, nawet szybko przyjechali. Pochodzili dookoła drzewa, pooglądali, porobili zdjęcia. I pojechali - relacjonuje pani Joanna, jedna z ostatnich mieszkanek posesji przy ulicy Angielskiej.
Jej dom stoi na samym rogu z Wyszyńskiego. Pani Joanna mieszka w nim od urodzenia, tak jak wcześniej jej matka. Dom ma ponad wiek. Do niedawna wszystko wskazywało na to, że zostanie zburzony. Przez jego środek urzędnicy miejscy dziesięć lat temu wytyczyli nowe przebicie ulicy Grunwaldzkiej. Ale ostatnio zmienili zdanie. Budynek ocaleje. Droga natomiast zajmie dużą część działki, buldożery zrównają też z ziemią stojący po sąsiedzku dom jej siostry. Na razie jeszcze stoi, chociaż plac budowy podszedł już niemal pod sam płot. Wciąż coś się tam dzieje, jeżdżą ciężarówki, koparki, spychacze. Jak jeżdżą, wszystko wokół się trzęsie.
- Temu też pewnie to drzewo się zwaliło - przypuszcza pani Joanna. Na podwórku ma swój własny plac budowy. Skoro dom po dziesięciu latach ułaskawiono, czas zabrać się za remonty. Własnym sumptem, przy wsparciu znajomych i rodziny pani Joanna kładzie właśnie na dachu blachę. Podwórko przypomina więc jeden wielki magazyn.
- Ja zaczęło rano trzeszczeć, z garażu szybko wynieśliśmy składowane tam blachy i wystawiliśmy samochód. Na swoje szczęście. Straż przyjechała i pojechała, drzewo stało. Zrobiłam obiad, jedliśmy właśnie na dworze, bo upał. Ktoś krzyknął "uciekać", więc wszystko rzuciliśmy i biegiem za bramę. A drzewo jak stało, tak padło na środek garażu. Stary był, to prawda, ale się jeszcze przydawał - pani Joanna jest zdania, że niewiele brakowało, a straty nie ograniczyłyby się do garażu.
- Równie dobrze ktoś mógł zginąć. I co, też by przyjeżdżali tylko zdjęcia zrobić? - pyta.
Bo zdjęć jeszcze trochę było. Najpierw jak drzewo spadło, to od razu znów zadzwonili po strażaków, tym bardziej że pień zerwał linię energetyczną prowadzącą do domu siostry. Znów przyjechali strażnicy, znów zrobili zdjęcia. Prosili mieszkańców o wyrys geodezyjny, żeby sprawdzić, czy drzewo rosło na miejskim, czy prywatnym terenie.
- A skąd my mamy taki plan wziąć, jak tu wszystko niby już powywłaszczane, a jeszcze nawet rzeczoznawcy nie było. Zresztą, jakie to ma znaczenie, prywatne czy miejskie. Niebezpieczne i tylko to się dla nich powinno liczyć - irytuje się pani Joanna.
Następnego dnia zdjęcia zrobił jeszcze ktoś z Urzędu Miejskiego. W końcu urząd przysłał ludzi, którzy pień pocięli i uprzątnęli.
Rzecznik straży miejskiej Jacek Pietraszewski zrekonstruował na naszą prośbę przebieg zdarzeń. Więc w ostatni czwartek o 9.44 miejskie centrum kryzysowe poinformowało strażników, że na Angielskiej trzeszczy drzewo. O 10.31 wysłany na miejsce patrol potwierdził, że drzewo rzeczywiście może się przewrócić. O 15.23 straż otrzymała informację, że sprawa jest już niebyła, prognozy się potwierdziły i drzewo leży.
A przez te pięć godzin pomiędzy nic nie dało się zrobić.
- Bez decyzji departamentu ochrony środowiska nie ma mowy o wycięciu. A ta w tym czasie nie zapadła - informuje.
Rzecznik Urzędu Miasta Urszula Sienkiewicz natomiast przyznaje, że departament o chylącym się ku upadkowi drzewie wiedział.
- Niestety, zanim podjęto interwencję drzewo już się przewróciło, więc departament mógł już tylko je uprzątnąć. Starałam się dokładnie prześledzić przepływ informacji, jednak trudno mi powiedzieć, dlaczego nie udało się zabezpieczyć drzewa wcześniej, przed jego upadkiem. Najprawdopodobniej był to nieszczęśliwy przypadek, z pewnością nie widzę tu celowej opieszałości służb - mówi rzecznik.
A mieszkańcy domu przy Angielskiej 2 dalej żyją w strachu. Dokładnie nad domem, nad pokrytym nowiutką blachą dachem, tyczy się potężny jesion. Jeden z jego dwóch pni pochyla się w tę stronę.
- Piękny jest. Pewnie ma tyle samo lat co ten dom. Ale co będzie, jak ten pień padnie. Może przynajmniej tym razem miasto spróbuje zapobiec nieszczęściu - podsumowuje pani Joanna.
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok