Jest wszystko: sprzęt, pracownia na miarę XXI wieku, są nawet zatrudnieni specjaliści, a to nie było łatwe, bo kardiologów w naszym województwie jak na lekarstwo. To wszystko okazało się nie wystarczające, aby podpisać kontrakt na pracę kardiologii inwazyjnej w szpitalu wojewódzkim. Teraz doszedł jeszcze obowiązek wpisania oddziału do Krajowego Rejestru Sądowego.
- No dajcie żyć. Chcielibyście mieć wszystko na wczoraj. Ja też bym tak chciał, bo może wtedy szpital nie miałby długów. Ale się nie da - mówi Sławomir Kosidło, dyrektor szpitala wojewódzkiego.
Szpital wojewódzki, który jest najbardziej zadłużonym szpitalem w województwie podlaskim, otwierając pracownię kardiologii inwazyjnej i wyposażając ją w angiograf, chciał zyskać możliwość uzyskania pewnych pieniędzy z NFZ.
- Badania, które teraz można wykonać w naszym szpitalu, to są realne pieniądze i gwarancja tego, że NFZ zapłaci za nadwykonania. To są przecież procedury ratujące życie - mówił Jerzy Bychowski, szef kardiologii, kiedy w kwietniu otwierano oddział z wielką pompą.
Wyposażenie kardiologii inwazyjnej wraz z aparaturą i oprzyrządowaniem kosztowało ponad 4 mln zł. Sam angiograf to koszt rzędu 2,4 mln zł. Z tego tylko 10 proc. to wkład własny. Pozostała część pochodziła z funduszy unijnych.
Niestety, okazało się, że nie będzie tak różowo, jak zakładano na początku. Aparatura pracuje czwarty miesiąc, a wciąż oddział nie ma kontraktu z funduszem. To oznacza, że nie może przyjmować tylu pacjentów, ilu faktycznie potrzebuje pomocy.
Najpierw umowy nie można było podpisać, bo nie były spełnione podstawowe wymogi. Na oddziale zatrudnionych było za mało specjalistów. Był właściwie tylko jeden. Szpital stanął na głowie. Znalazł i zatrudnił jeszcze jednego kardiologa.
- Teraz powinno być wszystko w porządku. Będziemy starać się o kontrakt od lipca - mówił w ubiegłym miesiącu Bychowski i podkreślał, że pieniędzy za wykonane do tej pory badania raczej nie da się odzyskać.
- Nie było to wielu pacjentów. Dziennie dwóch, może trzech i też tylko ci, których życie było zagrożone. Moglibyśmy codziennie przyjmować od dziesięciu do piętnastu osób - mówi Bychowski.
Dyrektor Kosidło dodaje, że aby podpisać kontrakt, oddział trzeba umieścić w Krajowym Rejestrze Sądowym.
- Papiery odpowiednie złożyliśmy, ale decyzja zapadnie w ciągu trzydziestu dni. Pacjenci będą przyjmowani na pewno nie wcześniej niż we wrześniu - ucina definitywnie Kosidło.
Adam Dębski, rzecznik prasowy podlaskiego NFZ twierdzi, że teraz wszystko leży w gestii szpitala.
- Szpital wojewódzki w tej chwili ma podpisany kontrakt na udzielenie świadczeń w oddziale kardiologii. Podczas postępowania ogłoszonego jesienią 2008 r., które skutkowało zawarciem umów na lata 2009-2011, szpital nie złożył oferty na kardiologię inwazyjną. My wysłaliśmy do szpitala list z zapytaniem, czy będą w tym roku w ogóle zainteresowani nowym kontraktem, bo my musimy to uwzględnić w naszych wydatkach. Do tej pory odpowiedzi nie uzyskaliśmy - twierdzi Dębski.
Jeżeli szpital nie zadeklaruje chęci negocjacji w sprawie kardiologii inwazyjnej niewykluczone, że pieniądze, które fundusz wstępnie na to przeznaczył, przejdą na inne świadczenia i innych świadczeniodawców.
W ubiegłym roku szpital wojewódzki z kardiologii odesłał do szpitala klinicznego 250 z 1300 pacjentów. Na planowy zabieg w "gigancie" czeka się około trzech-czterech miesięcy.
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok