W Puszczy Białowieskiej grożą śmiercią ekologom

Jakub Medek
2010-05-04, ostatnia aktualizacja 2010-05-05 10:06

Puszcza
Puszcza
Fot.Agnieszka Sadowska / AG

Leśnicy i zatrudniani przez nich drwale utrudniają badania naukowe w Puszczy Białowieskiej. Pierwsi rzucają ekologom biurokratyczne kłody pod nogi, drudzy obrońców środowiska chcą topić w bagnie


Fot. Agnieszka Sadowska / AG
SERWISY
- Ty myślisz, że my k... będziemy z ręcami tak o założonymi? Nie k... - będziem topić w tym bagnie. Niech my ciebie spotkamy kiedy tak sam na sam - taką obietnicę z ust drwala pracującego dla nadleśnictwa Hajnówka usłyszał w piątkowy poranek Adam Bohdan z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot

Wcześniej drwal zajechał grupie przyrodników z Polski i Norwegii drogę i krzykiem zapowiadał, że jeśli ilość terenów chronionych w puszczy wzrośnie, pozwie ich do sądu. "Dyskusję" nagrano na dyktafon.

Nagrania można posłuchać na stronie ekologów UWAGA WULGARNE SŁOWNICTWO

Do zdarzenia doszło w środku lasu, nieopodal Nieznanego Boru. Drwal doskonale wiedział z kim ma do czynienia a jedyną osobą jaką spotkali chwilę wcześniej przyrodnicy, był miejscowy leśniczy.

Bohdan wraz z norweskimi naukowcami z organizacji SABIMA szukał właśnie w środkowej części Puszczy Białowieskiej, chronionych roślin i zwierząt. Głównie porostów i chrząszczy. Np. pachnicy dębowej - żyjącego w próchniejących pniach owada pachnącego intensywnie brzoskwiniami. Albo zgniotka cynobrowego, chrząszcza o intensywnej bordowej barwie. W tutejszych olsach, czyli podmokłych lasach olchowo-świerkowych takich nie brakuje. Badania sponsoruje Norweski Instrument Finansowy.

- Szukaliśmy też granicznika płucnika, niewielkiego porostu rosnącego tylko na pniach starych liściastych drzew. W Polsce już właściwie nie występuje. Tu jest, ale nikt dotychczas nie opisywał gdzie. Odkryte przez nas stanowiska będą wymagały konkretnej ochrony, czyli wyznaczenia stref wyłączonych z wyrębu. Dlatego nasza praca jest sabotowana przez Lasy Państwowe - uważa Adam Bohdan.

Dla niego groźby drwala to tylko ciąg dalszy szykan, jakich ze strony lokalnych nadleśnictw ekolodzy doświadczają od dłuższego czasu.

Lasy Państwowe zarządzają 80 procentami powierzchni Puszczy Białowieskiej. W kwestii inwentaryzacji cennych chrząszczy i porostów współpraca między ekologami a leśnikami układa się źle. Ci drudzy od początku tego roku robią wszystko, by tym pierwszym utrudnić pracę. Zaczęło się od przepustek zezwalających na wjazd do lasu. Puszcza ma ponad 60 tysięcy hektarów, bez samochodu nie ma mowy o inwentaryzacji.

- Powołując się na przepisy, które na poruszanie się po lesie w celach naukowych zezwalają tylko instytucjom leśnym dwa nadleśnictwa odmawiały nam zgody. Rok wcześniej te same nadleśnictwa, na podstawie tych samych przepisów takie przepustki Pracowni wydawały - relacjonuje Bohdan.

Gdy sprawą zaczęła interesować się "Gazeta" przepustki nagle przestały być problemem.

Na tym rzucanie kłód pod nogi badaczy się jednak nie skończyło.

- Nasze badania, pod nadzorem naukowców, prowadzą głównie wolontariusze. Robią to po pracy i w weekendy. Tymczasem nadleśnictwo Hajnówka zażądało od nas prowadzenia inwentaryzacji w dni robocze od 8 do 16. To zwykła złośliwość a z przyrodniczego punktu widzenia idiotyzm. Część z poszukiwanych przez nas gatunków owadów można wykryć tylko po zmierzchu. W dzień są schowane - mówi Bohdan.

Jeszcze w ubiegłym tygodniu "Gazeta" zapytała zarówno generalną dyrekcję lasów w Warszawie, jak i jej regionalny odpowiednik w Białymstoku, z czego wynikają wydane przez nadleśnictwa zaporowe warunki prowadzania inwentaryzacji. Do dzisiaj nie uzyskaliśmy żadnej odpowiedzi.

Odpowiedziało natomiast nadzorujące Lasy Państwowe ministerstwo środowiska.

- Projekt "Partnerstwo w ochronie reliktowych gatunków Puszczy Białowieskiej narzędziem wdrażania dyrektywy ptasiej i siedliskowej" jest ważny dla opracowywania zadań ochronnych dla Natury 2000 w Puszczy Białowieskiej. Ograniczenie czasu badań do godz. 16.00 lub tylko dni roboczych, czy też pobranie okazów w obecności leśniczego - nie wydaje się uzasadnione - mówi Magdalena Sikorska, rzecznik resortu.

Od razu jednak dodaje, że ministerstwo nie zamierza się w rozwiązanie problemów przyrodników z leśnikami angażować:

- Potrzeby ze strony osób realizujących projekt oraz potrzeby Służby Leśnej powinny być omówione i uzgodnione bezpośrednio przez zainteresowanych. To będzie świadczyło o dobrej woli obu stron i partnerstwie przy realizacji projektu.

Resort od blisko roku próbuje przekonać lokalne samorządy do idei poszerzenia parku narodowego. Pierwotnie plan ministra Macieja Nowickiego zakładał, że powierzchnia parku wzrośnie z 10 do 30 tysięcy hektarów. W zamian za zgodę na poszerzenie lokalne samorządy miały otrzymać 100 milionów złotych dotacji z NFOŚ. To dużo. Np. roczny budżet gminy Białowieża, do której miało trafić ponad 30 milionów, nie przekracza ośmiu. Po roku negocjacji, które po Nowickim przejął minister Andrzej Kraszewski, kwota dotacji pozostała bez zmian. O połowę natomiast spadła wielkość terenów, jakie park miałby objąć. Prawie połowa z nich to już istniejące rezerwaty.

Samorządy na poszerzenie nie chcą się zgodzić. Argumentują, że spowoduje to w regionie gospodarczą katastrofę. Mieszkańcom ma zabraknąć opału i pracy. Według ich szacunków na bruk miałoby trafić nawet dwa tysiące osób. Kilka tygodni temu, podczas spotkania z wicepremierem Pawlakiem przedsiębiorcy z powiatu hajnowskiego nie tylko apelowali o zablokowanie działań na rzecz powstania parku, ale również o odwołanie ogłoszonego kilkanaście lat temu moratorium na wycinkę ponad stuletnich dębów.

Trudno powiedzieć, skąd biorą się powyższe liczby. Według oficjalnych danych Lasy Państwowe na terenie Puszczy Białowieskiej zatrudniają 140 ludzi w deficytowych od lat nadleśnictwach. Dają też pracę około 300 pracownikom Zakładów Usług Leśnych. Takim jak ten, co chciał ekologów topić w bagnie.

Ze 130 tysięcy metrów sześciennych wycinanych rocznie w puszczy drzew, 20 tysięcy idzie na opał, kolejnych 25 tysięcy kupują lokalni przedsiębiorcy. Cała reszta trafia do wielkich zakładów z całej Polski. Żaden z planów ochrony Puszczy Białowieskiej nie zakłada obniżenia pozyskania poniżej poziomu 30 tysięcy metrów rocznie. W dodatku w najbliższym sąsiedztwie Puszczy Białowieskiej rosną dwie inne, "normalnie" eksploatowane puszcze: bielska i knyszyńska.

Groźbami jakie pod adresem przyrodników padły w piątek zajmie się policja. I najprawdopodobniej norweska ambasada. Naukowcy z tego kraju zamierzają bowiem domagać się dyplomatycznej interwencji.

Nadleśnictwa zaś mają zorganizować specjalne spotkania z drwalami.

- Będziemy starali się na tych spotkaniach dyskutować i prosić społeczności lokalne o ograniczenie osobistych, emocjonalnych wystąpień, które nieprawdziwie mogą być utożsamiane z Lasami Państwowymi - zapowiada Jarosław Krawczyk, rzecznik regionalnej dyrekcji lasów w Białymstoku, podkreślając zdecydowanie, że chociaż drwale tną puszczę na zlecenie leśników, to jednak nimi nie są. Trudno więc żeby Lasy Państwowe odpowiadały za ich zachowanie.

Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok
  • 92 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    40 głosów

  • W puszczy grożą śmiercią ekologom sun-ra 05.05.10, 03:39

    Ćwoki polskie,skromni i mądrzy są ci ludzie którzy szanują środowisko swojejak swoją najbliższą rodzinę.A Ćwoki komunistyczne, mordy;nażreć,popić i poruchać»

  • Leśnicy są w porządku three-gun-max 05.05.10, 08:09

    Ekooszołomów trzeba zwalczać.»

  • W Puszczy Białowieskiej grożą śmiercią ekologom ewa_zwierzynska 05.05.10, 12:41

    Popieram ekologów. NIe poddawajcie się. Walczycie o Puszczę,ostatnią i jedynąw Europie. Jak przestaniecie to ostatni las naturalny zostanie wyrąbany dlaparu złotych. A drwale niech sobie »