"Twoja siostra była lepsza". "Jak wam się nie podoba, to bierzcie papiery i won ze szkoły". "Przyjdziecie jeszcze do mnie z brzuchami po pomoc". To tylko niektóre cytaty (niestety, było ich na takim poziomie znacznie więcej) z wypowiedzi nauczycieli adresowanych do moich córek.
Uczą się świetnie, angażują w przeróżne działania szkoły, reprezentują ją na zewnątrz, startują z sukcesami w olimpiadach. Nie ma z nimi żadnych problemów wychowawczych. - Tato, nauczyłam się w szkole, że nie warto się angażować, bo dominuje w niej fałsz, a najważniejszy jest własny interes. Nauczyciele koncentrują się na tym, by uczniowie osiągali jak najlepsze wyniki na testach, bo z tego są rozliczani. Jest trochę tak, jakbyśmy byli robotami, które mają zapewnić dobry wynik szkole - powiedziała mi o swoim liceum najstarsza córka, obecnie studentka.
W pierwszej klasie wicedyrektorka namawiała ich, by założyli własną firmę klasową. Realną. Z pieniędzmi, towarem. Ola z koleżanką namówiły kilka osób w klasie, przygotowały biznesplan i wszystko co potrzebne do rejestracji firmy. Ale pani wicedyrektorka rozmyśliła się. - Dlaczego? - dopytywała młodzież. - Przecież w przygotowania włożyliśmy tyle wysiłku? - Bo tak - padła odpowiedź.
Młodsza córka chodzi na kółko historyczne, świetnie prowadzone. Nauczyciel rozdał uczniom druki, których podpisanie wiązało się ze zgodą na zewnętrzne kontrole ich postępów w nauce. Historyk powiedział, że nie ma przymusu. Nie chcieli. Dyrektorka wezwała młodzież "na dywanik". - Starsi uczniowie już podpisali - oznajmiła. Okazało się to nieprawdą. - Jeśli nie podpiszecie, to bierzcie papiery i won ze szkoły - zaszantażowała w końcu. Podpisali. - Gdyby nam wyjaśniła, o co chodzi, poprosiła, nie byłoby problemu, ale ona kłamała i nas obrażała. Dlaczego? - pyta mnie córka.
Przeszedłem jako rodzic wszystkie etapy edukacji. Moje dziewczyny mają i miały kilku wspaniałych nauczycieli, pełnych pasji i i oddania. Najstarsza do dziś wspomina panią Agatę z pierwszych trzech lat w szkole: - To ona nauczyła nas obowiązkowości i ciekawości świata. Dzięki niej wszyscy jesteśmy na studiach.
Ale wielokrotnie czułem się bezradny wobec niekompetencji, głupoty w szkole. Niestety, wciąż wielu nauczycieli uważa, że świetnym motywatorem jest powiedzieć dziecku "twoja siostra była lepsza". Albo wykorzystują swoją przewagę, by zmusić dziecko do czegoś, zamiast mu to wytłumaczyć. Czy to są pedagodzy?
Jako rodzicowi brakuje mi w szkole otwartości, chęci do rozwiązywania problemów. Lepiej udawać, że ich nie ma. Jeśli nauczyciel jest niekompetentny, niegrzeczny to jest to problem rodziców. Jeśli sprawa zostanie zgłoszona wychowawcy - często pozostaje nierozwiązana ("wiem, że jest problem, ale jest mi niezręcznie, bo to moja koleżanka"). Dla dyrektora najważniejsze, by rodzice złożyli oficjalne pismo. A gdzie jego nadzór i ocena kwalifikacji nauczyciela, także tych pedagogicznych? Nic nie znaczy sygnał, że coś jest nie tak, że nauczyciel sobie nie radzi? Bo czyż np. nie jest wystarczającym powodem do interwencji, gdy w bardzo dobrej klasie z pewnego przedmiotu nie ma wyższej oceny niż dwója?
Nauczycielka namawiała córkę na start w olimpiadzie. Wystartowała z sukcesem. Pani wypięła pierś do orderu, choć nie kiwnęła palcem, by pomóc córce w przygotowaniu, mimo wielokrotnych próśb. Za to świetnie zaopiekowała się nią inna nauczycielka, do której się zwróciliśmy o pomoc. I to był w ogromnym stopniu jej sukces. Jaki to wzór dla młodego człowieka?
Młodzież jest bardzo wyczulona na sprawiedliwość, uczciwość i szacunek. W swoich sądach jest bardzo kategoryczna. - Szkoła uczy kombinowania i myślenia o sobie. Najważniejszy jest wyścig szczurów - twierdzą moje dziewczyny.
Wiem, że jest w tym wiele przesady. Wiem też, że jest w tym dużo zawiedzionych nadziei. Wybrałem kilka bardzo nieprzyjemnych zdarzeń. Mam świadomość, że wszelka generalizacja jest niesprawiedliwa. Przecież moje dziewczyny chodzą do renomowanych szkół, w których spotkało je także wiele dobrego. Ciągle jednak dochodzi do sytuacji, których dzieci nie rozumieją, a ja jako rodzic wytłumaczyć nie potrafię.
Każde dziecko wymaga innego podejścia, uwagi, podbudowywania wiary w swoje możliwości. Zbyt małą wagę nauczyciele i dyrektorzy przywiązują do wychowawczej roli szkoły, do znaczenia, jaki ma także ich przykład.
Szkoła powinna działać jak porządna firma usługowa: działamy tak, by nasz klient czuł się podmiotem, był zadowolony z naszych usług. Niestety, ja w szkole często czuję się jak bezradny petent.
Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów