http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Kielce >  Opinie

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Kielce - Gazeta.pl

Od nauczania są szkoły zawodowe, nie uniwersytet

Waldemar Korczyński
2009-11-08, ostatnia aktualizacja 2009-11-08 19:22

W kieleckich uczelniach, tak na luzie przy kawce czy piwku, o nauce gadają tylko odmieńcy. Jeśli się mylę, to proszę mi wskazać normalne, cotygodniowe seminaria, gdzie nauczani i nauczający wspólnie poszukują prawdy. Nie chodzi o oderwane od siebie referowanie cudzych czy (rzadziej) swoich wyników, ale o toczącą się przez cały rok akademicki dyskusję - pisze Waldemar Korczyński*



Od kilkunastu dni czytuję w "Wyborczej" teksty o naszych kieleckich uczelniach. Ludzie mniej i bardziej uczeni piszą, co by tu naprawić, jaką dziurę na sukni naszych Alma Mater łatką jaką zasłonić. Pomysły na naprawę rosną jak bambus w Indochinach i nic z tego nie wynika. Bo wyniknąć nie może. Ani w nauce, ani w "wyższo-niższej" edukacji. I nie jest to nasza, kielecka specyfika.

Kieleckie osiągnięcia w dziedzinie zawalania spraw naukowo-edukacyjnych są niewątpliwie olbrzymie, ale nie bądźmy zarozumiali. Nauka i edukacja tracą impet na całym świecie. Tak zwany postęp jest dziś coraz bardziej kosztowny. Gdyby naukę dało się jakoś sensownie mierzyć, to rzec by można, że koszt "jednostki postępu naukowego" rośnie w sposób wykładniczy. Mamy wielkie i kosztowe "programy badawcze", "projekty", granty przeróżne, skomplikowaną procedurę oceniania ludzi i instytucji naukowych i wiele innych mechanizmów obsługi nauki. Tylko nauki mamy znacznie mniej niż kilkadziesiąt lat temu. W XIX i pierwszej połowie XX wieku tych programów nie było, ale nauka owszem. Fizycy powiadają, że liczą się tylko dwie doświadczalnie potwierdzone duże teorie: względności i kwantów. Obie z pierwszej połowy XX wieku. Postęp w niektórych naukach przyrodniczych (np. geologia, biologia, medycyna) nie jest dobrym kontrargumentem, bo był on często wygenerowany przez rozwój narzędzi badawczych. No to może warto zapytać, dlaczego tak jest. Przynajmniej w Kielcach.

Naukoznawstwo w Kielcach

Nie znam w Kielcach ludzi zajmujących się ani scientometrią (mierzeniem nauki) ani nawet szeroko rozumianym naukoznawstwem. Przydarzyło mi się za to spotkać w Akademii Świętokrzyskiej [dziś Uniwersytecie Humanistyczno-Przyrodniczym im. Jana Kochanowskiego - red.] uczonych, którzy o rozwoju uczelni i uczonych prawili, a zapytani o Poppera czy Kuhna, nie kumali o czym jest mowa. Jeden z lepiej znających temat wyjechał, inna pani przeszła na emeryturę, a żadne z nich na ten temat raczej nie pisało. 17 października byłem na inicjującym Waszą publiczną dyskusję panelu Kongresu Obywatelskiego. Nie widziałem tam nikogo, kogo kojarzyłbym z kieleckimi uczelniami. Władze naszych uczelni społeczną dyskusję o kondycji nauki olewają? A społeczny aspekt uprawiania nauki wydaje się mieć znaczenie zasadnicze.

Wynik to nie forsa, forsa to nie wynik

Dziś jeszcze nieusamodzielniony (to głównie tacy robią w Polsce naukę) naukowiec dba o wynik, bo jest z niego rozliczany. To nie luźna dyskusja w gaju Akademosa czy średniowiecznej Padwie, ale twarda, konkurencyjna walka o wyniki. Takie, jakie uzyskać się opłaci, bo nauka przestała być intelektualną rozrywką i stała się działalnością komercyjną. U nas akurat opłaci się uzyskiwać wyniki kiepskie. Byle tylko przekładały się na tzw. samodzielność naukową, która gwarantuje niezłą fuchę (tak circa 10 tys. zł miesięcznie) do końca życia. Trzeba się tylko nie wychylać, a jak trzeba wejść we właściwe układy. Nie jest to zresztą powód najważniejszy. Zasadniczą przyczyną tego, co mamy jest jakaś ogólna hipokryzja. Tytuł Waszego pierwszego tekstu w sprawie uczelni ("Uczelnie wyższego zachwytu") jest kwintesencją przyczyn naszych niepowodzeń. Nie da się leczyć chorego, tłukąc termometr. Po to, by cokolwiek naprawiać, trzeba najpierw postawić diagnozę. A tego zrobić się nie da, bo zbyt często pojawiają się tu pytania o winnych. Tak jednak jest prawie wszędzie, więc te ogólne uwagi niczego nie naprawią. Chodzi raczej o pokazanie, gdzie jesteśmy.

Przejdźmy do konkretów

Nauka pada trochę ofiarą własnego rozwoju. Nikt chyba nie jest dziś w stanie przerobić informacji z jego tylko naukowej działki. Wiele odkryć jest dublowanych, a chęć wypromowania własnego "podejścia" powoduje, że ludzie o tych samych sprawach gadają różnymi formalizmami i przestają się rozumieć. Pracowałem kiedyś w jednej z największych (podobno również najlepszych) instytucji naukowych za granicą. Był tam facet, którego hobby było liczenie efektywności pracy naukowej. Nie chcę zanudzać opisem metody, ale wychodziło mu, że najlepsze instytucje amerykańskie (np. w Harvardzie) miały sprawność 3-5 procent. 95 proc. produkcji uczonych nie ma dla nauki większego znaczenia. I według jego rachunków ta sprawność stale malała. Zajmujący się podobnymi sprawami prof. Galar z Wrocławia prowadził bardzo ciekawe symulacje zachowania nauki jako całości. Uzyskiwał wyniki znacznie "gorsze" od mojego kolegi.

Nauka to głównie dyskusja

To są trendy globalne, których uczeni kieleccy nie zmienią. Ale mogą zmienić zachowania kieleckiego środowiska jako całości. W kieleckich uczelniach, tak na luzie przy kawce czy piwku, o nauce gadają tylko odmieńcy. Jeśli się mylę, to proszę mi wskazać normalne, cotygodniowe seminaria, gdzie nauczani i nauczający wspólnie poszukują prawdy. Nie chodzi o oderwane od siebie referowanie cudzych czy (rzadziej) swoich wyników, ale o toczącą się przez cały rok akademicki dyskusję, w której te cudze wyniki są tylko ciekawą dygresją. Teoretycznie jest to zadanie katedr i zakładów, więc można łatwo sprawdzić, jak się z niego wywiązują. Można też posprawdzać konkretnych uczonych, licząc rozmaite indeksy, np. indeks Hirscha. Darmowy program dostępny jest w internecie - wystarczy wpisać nazwisko uczonego. Ale nikt tego nie robi. Pełniący kierownicze funkcje uczeni nic jeno cięgiem coś organizują i zdobywają (forsę). Aż dziw bierze, że nasza nauka tak wielkie zapały organizatorskie przeżyła. Mający tylu organizatorów przedsiębiorca zbankrutowałby po tygodniu. Ale uczelnia zbankrutować nie może, a jej władze mogą wypłakiwać kolejne dotacje.

Nihil novi. Ten proces trwa od wielu lat! Czy nikt tego nie widzi? Uczelnie nasze budują się na potęgę. Czy naprawdę jest co w te nowe mury włożyć? Czy nie lepiej byłoby wydać tę forsę na kawę dla seminarzystów? Istotą uniwersytetu jest właśnie takie gadanie, bo tylko tak "korporacja nauczanych i nauczających" dochodzi do prawdy. Ale tego nikt nie chce. Studenci chcą zostać "nauczeni", a wykładowcy chcą nauczać. To na pewno łatwiejsze niż partnerska dyskusja, gdzie trzeba poszukać argumentów. Ale studiowanie wyklucza nauczanie. Od nauczania są szkoły zawodowe. I tu jest kłopot z forsą, bo "uniwerek" ma większy "prestiż", więc uczeni uniwersyteccy zarabiają lepiej niż ich koledzy w zawodówkach. A żeby było jeszcze lepiej, przyjmują tabuny studentów, bo na tym się zarabia. W Wydziale Zarządzania, gdzie pracowałem, na jednego pierwszoetatowego pracownika, z portierami i sprzątaczkami włącznie, przypadało ponad 20 dyplomantów. I wszyscy o tym wiedzieli. Za rok, w październiku, znów dumać będziemy, co by tu naprawić. I znów zapomnimy, że gadaliśmy o tym przed rokiem.

Zmienić paradygmat kształcenia

Przychodzenie na uniwersytet "po zawód" nie pozwala odróżnić go od zawodówki. Prawdą jest, że tak funkcjonują uniwersytety na całym świecie. Ale też prawdą jest, że kryzys tzw. nauczania jest również globalny i propozycje powrotu do idei uniwersytetu wcale takie rzadkie nie są. Na uniwersytecie wykładowca - starszy kolega - może studentowi pomóc w zdobywaniu wiedzy, ale nie będzie go niczego nauczał. Odwrotnie niż w zawodówce. W praktyce to nasze uczelnie są hybrydami, ale przeważa chyba zawodówka. I to jest to, co odpowiada obu stronom. Ustrój uczelni traktuje wprawdzie studenta jak tartaczna piła świeżo ścięty pień, ale studenci emocjonują się głównie opłatami za studia. A powszechność płatnych studiów nie oznacza, że rzeczywiście musieliby wyłożyć tę forsę z własnej kieszeni. Przy sensownie zorganizowanym systemie stypendialnym student mógłby nawet na studiach zarobić. Pisało o tym wielu ludzi, ja też. Student zarabiałby kosztem uczelni, oczywiście, ale dlaczego miałby się tym martwić. Potraktujmy studenta jak dorosłego, myślącego, człowieka. To się da zrobić. Ale nie w tym paradygmacie kształcenia. Jeśli jednak paradygmatu nie zmienimy, to uczelnie kieleckie staną się miejscami tłumaczenia studentom dostępnych w internecie tekstów pisanych przez pracowników innych uczelni. Takie wspólne odrabianie pracy domowej. Na Kongresie Obywatelskim pomysł ten rozważany był całkiem serio. Czym jednak nasi uczeni będą się wtedy różnili od politruków Armii Czerwonej? Pewnie poborami.

* Waldemar Korczyński - dr matematyki, do 2003 roku pracował na Wydziale Zarządzania i Administracji Akademii Świętokrzyskiej, był szefem Zakładu Zastosowań Matematyki i Przetwarzania Danych, do 2006 roku pracował na Politechnice Świętokrzyskiej

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

  • Poleć znajomemu
  • Wykop
  • Wydrukuj
  • Podyskutuj na forum