Pan Michał z Rędzin spędził nerwowe godziny na Zawodziu, czekając na zakończenie operacji swojej mamy. Operacja nie była ciężka - wycięcie woreczka żółciowego, ale i tak się martwił. Następne godziny nie okazały się łatwiejsze. Okazało się, że mama bardzo źle zniosła narkozę. - Cały czas wymiotowała, a nie mogła nawet sama wytrzeć sobie ust. Bardzo ją bolało, aż płakała - relacjonuje syn. - Potrzebna jej była stała opieka, tymczasem pielęgniarki nie zaglądały co chwila na salę. Trudno zresztą tego nie zrozumieć: miały pod opieką cały oddział.
Pan Michał, widząc stan mamy, zdecydował, że zostanie przy niej na noc. Będzie siedział przy łóżku, podawał co potrzeba, wycierał, w razie czego wezwie pomoc... Niestety, lekarz nie zgodził się.
Natychmiast napisał skargę do ordynatora. "Proszę mi wytłumaczyć, dlaczego nie mogę przebywać przy mojej matce i pomóc jej w cierpieniu? Dlaczego ma leżeć, zalewając się żółcią, wyjąc z bólu? Przecież żadna pielęgniarka nie będzie tam siedziała cały czas" - pytał w liście.
- Nie wiem, dlaczego doszło do takiej sytuacji - zastanawia się Dariusz Kopczyński, zastępca dyrektora Miejskiego Szpitala Zespolonego ds. lecznictwa. - I w regulaminie naszego szpitala, i w karcie praw pacjenta jest przecież zapis, że pacjent ma prawo do opieki osób bliskich. Inna sprawa, że oba te dokumenty nie precyzują, czy noc też wchodzi w grę... Gdybyśmy mieli epidemię grypy, takie ograniczenie byłoby zrozumiałe: nie wolno dopuścić do zarażenia naszych pacjentów przez kogoś z zewnątrz. Ale na ogół obecność kogoś bliskiego jest dla pacjenta korzystna - bo on czuje się źle w obcym miejscu, jakim jest szpital, boi się zabiegu, denerwuje...
Lekarze przyznają jednak, że pomoc kogoś z rodziny ma swoje złe strony. - Jak rozhisteryzowana żona chorego, budząc innych chorych, podnosi co kwadrans alarm, że mąż znów słabiej oddycha, to ja o takiej nocnej opiece nawet nie chcę słyszeć - opowiada jeden z częstochowskich chirurgów.
Dyrektor Kopczyński przyczyn odmowy upatruje w czym innym. - Prośby takie jak pana Michała to wyjątkowe przypadki (być może pacjenci nie wiedzą o takiej możliwości). Zdarzają się na tyle rzadko, że pewnie lekarze przyzwyczaili się do myśli: w nocy na oddziale nie ma być nikogo z zewnątrz. I zaczęli to uznawać za obowiązującą zasadę.
Nie dotyczy ona oddziału pediatrycznego. Tam Zespół Szpitali Miejskich ma kilka leżanek dla mam, które chcą w nocy być przy swoich dzieciach. Z drugiej strony są oddziały - np. intensywnej opieki - gdzie wstęp ma tylko personel medyczny. - Tam nawet nie może być tak, żeby jedna pielęgniarka opiekowała się kilkoma pacjentami, bo mogłaby przenosić zakażenia; każda ma swojego pacjenta - tłumaczy dyrektor.
Zwykłemu oddziałowi, np. chirurgii, nocą muszą wystarczyć cztery pielęgniarki (po dwie na piętro), a w czasie ostrego dyżuru - sześć.
Parkitka i Tysiąclecie twierdzą, że u nich zwykle daje się zgodę, jeśli ktoś z rodziny chce zostać na noc przy chorym. O ile oczywiście nie ma przeciwwskazań medycznych, pozwala na to wielkość sali i nie protestują inni leżący w niej chorzy.
- A u nas niedługo pacjenci będą mogli zrealizować inne swoje prawo - oficjalnego wynajęcia pielęgniarki na noc. To usługa płatna, podpisuje się stosowną umowę, dostaje potwierdzenie zapłaty. Niedługo wywiesimy cennik - dodaje Magdalena Sikora, rzeczniczka Parkitki. Tłumaczy, że taka pielęgniarka musi być spoza oddziału, na którym przebywa chory, i nie będzie mogła mu robić zastrzyków czy podawać leków (to zadanie personelu oddziałowego). Posiedzi przy nim, umyje, poprawi pościel, poczyta, pogada...
- Oczywiście jeśli któryś z pacjentów nie będzie mógł - np. ze względów finansowych - wynająć dodatkowej opieki, może mieć w nocy przy sobie kogoś bliskiego - podkreśla rzeczniczka.
Co jednak z Zawodziem? - Porozmawiam z ordynatorami i lekarzami, żeby nie odrzucali z góry próśb o pozostanie w nocy przy chorym - obiecuje dyrektor.
Komentarz
Zasada dla lekarzy (i wszystkich, którzy decydują o innych) jest prosta: jeśli nie znasz prawa, sprawdź. Nie odmawiaj "na wszelki wypadek". To, że pacjenci z prawa nie korzystają i dlatego lekarze o nim zapomnieli, dodatkowo obciąża szpital.
Zasada dla pacjenta (kiedyś usłyszałam ją od znajomej księgowej): - To w twoim interesie leży znać prawo. Nie poznasz go - sam sobie zaszkodzisz. Sam o siebie zadbaj, bo nikt inny tego za ciebie nie zrobi.
Księgowa mówiła co prawda o urzędzie skarbowym, ale jej rady pasują także do tej sprawy. Jeśli sami poznamy prawa pacjenta (ich spis wisi w każdym szpitalu, na ogólnie dostępnej tablicy), będziemy mogli się ich domagać. Podziałało na urząd skarbowy, podziała i na ordynatora.
Źródło: Gazeta Wyborcza Częstochowa