Dobrze wiemy, czego wstydzą się Białostoczanie. Lista jest długa, ale łatwa do zrekonstruowania: muzyka disco-polo, Kononowicz, specyficzny akcent, niefortunne logo miasta, peryferyjne położenie, brak lotniska i pewnie jeszcze kilka innych rzeczy. Stopień owego wstydu jest w każdym przypadku inny, różnie to też wygląda u każdego z nas. O wiele rzadziej mówimy o tym, z czego możemy być dumni. Zazwyczaj w takich wypadkach wymienia się wybitne osobistości pochodzące z danego miejsca lub w szczególnym stopniu z nim związane. Z czego więc, lub z kogo, mogą być dumni Białostoczanie? I czy rzeczywiście wykorzystują ogromny potencjał ludzi, którzy tworzyli to miasto w przeszłości, na czele z Największym Białostoczaninem w Historii?
Jidysz na Lipowej
Eliezer Lewi Samenhof urodził się w grudniu 1859 roku przy ulicy Zielonej 6 w Białymstoku. Była to w owym czasie miejscowość co najwyżej dwudziestotysięczna, gwałtownie rozwijające się miasto ceglanych fabryk i drewnianych chałup. Gdybyśmy cofnęli się w czasie do połowy XIX wieku i znaleźli w centrum Białegostoku, chociażby gdzieś w okolicach ówczesnej Zielonej (dziś Zamenhofa), otaczałaby nas gęsta zabudowa drewnianych domostw (podobne znajdziemy dziś chyba tylko na Młynowej). Gdyby był akurat ranek, z tych domostw na pewno wybiegaliby chłopcy spieszący do chederu. Nieco starsi udawaliby się do Talmud-Tory, studenci do jesziwy. Zobaczylibyśmy pobożnych Żydów wszystkich ważnych ówcześnie nurtów judaizmu: od konserwatywnych talmudystów po środowiska chasydzkie. Przede wszystkim ujrzelibyśmy jednak setki Żydów spieszących do pracy. Pod koniec XIX wieku w Białymstoku działało 300 żydowskich zakładów włókienniczych, w których pracowało około 2000-3000 żydowskich tkaczy. Na tych uklepanych z błota i piasku lub brukowanych ulicach nie usłyszelibyśmy języka polskiego. W naszych uszach rozbrzmiewałby egzotyczny jidysz - magiczna mieszanka niemieckiego, hebrajskiego, języków romańskich i słowiańskich.
Jaffa Litwy
Rewolucja przemysłowa Białegostoku, dzięki której już w połowie XIX wieku nazywano go - obok Łodzi - "Manchesterem północy" - realizowała się pracą nie tylko żydowskich fabrykantów, ale i robotników. Być może nie był on "Manchesterem Północy" - wszak można sprawdzić, że w rzeczywistości jesteśmy położeni bardziej na południe niż siedziba Czerwonych Diabłów - ale, jak to określił w 1907 r. Maslianski, jest
Białystok raczej "Jaffą Litwy". Inni przybysze również byli zdumieni ilością żydowskich robotników w Białymstoku.
Kiedy pod koniec XIX wieku władze przeprowadziły w mieście spis powszechny, okazało się, że statystycznie, na dziesięcioro białostoczan, prawie siedmioro to Żydzi. Piętnaście lat później jest to prawie osiemdziesiąt procent! Gdyby nie przeprowadzone z przyczyn politycznych sztuczne włączenie w 1919 w obręb administracyjnych granic miasta 21 okolicznych wsi, Białystok jako miasto byłby tkanką społeczną prawie całkowicie jednolitą etnicznie. Kilkudziesięciotysięczne miasto zamieszkałe prawie w całości przez Żydów - prawdziwa "Jaffa Litwy".
Między Jowiszem a Marsem, lecz nie tutaj
To historia, ale nie aż tak odległa, bo przecież pamiętana jeszcze przez niektórych z nas, utrwalona na filmach, w książkach i gazetach. W czasie II wojny światowej praktycznie cała ludność białostockich Żydów została wywieziona do Treblinki i tam wymordowana. Po ludziach, którzy ukształtowali historię tego miasta i jego charakter, nie pozostał praktycznie żaden ślad. O najwybitniejszym przedstawicielu białostockich Żydów - Ludwiku Zamenhofie - przypominają już tylko nieliczne pamiątki, a raczej odtworzone wiele lat po wojnie ślady-eksponaty związane z twórcą uniwersalnego języka
esperanto. Na całym świecie istnieją tysiące ulic, szkół, pomników, obelisków poświęconych twórcy esperanto. Między Jowiszem a Marsem są nawet dwie planetoidy nazwane jego imieniem. A co w Białymstoku? Jedna malutka ulica, jeden szpital, mural na jednej z kamienic, zdewastowany i dewastowany nadal cmentarz na obrzeżach miasta, stworzone bodaj rok temu centrum esperanto, borykające się z chuliganami rozbijającymi w nim co tydzień szyby. Pojawiają się inicjatywy obywatelskie przywołujące pamięć o żydowskim Białymstoku. Wszystko to jednak zagłusza przerażająca cisza. Cisza, której przyczyną jest wstyd.
Mojżeszowcy ze Słonimskiej
Białostoczanie wstydzą się żydowskiej przeszłości tego miasta. Wstyd, jak to wstyd, rzadko bywa wyrażany explicite , bo jak tu przyznać się do tego, czego się wstydzimy? Jednak, uważny obserwator społeczności białostockiej bez trudu dostrzeże jego objawy.
Nie dalej jak miesiąc temu, jadąc autobusem komunikacji publicznej w kierunku centrum, prowadziłem z kolegą bardzo luźną rozmowę na temat Alberta Einsteina. Dyskusja dotyczyła jego poglądów religijnych, filozofii i - ogólnie - raczej nudnych w gruncie rzeczy spraw. W pewnym momencie, zupełnie mimochodem i niejako na marginesie głównego wątku rozmowy, któryś z nas wypowiedział słowo Żyd (jak wiadomo, Einstein był fizykiem pochodzenia żydowskiego). Choć niewypowiedziane głośno, słowo to wzbudziło natychmiastowe zainteresowanie rozmową prawie połowy autobusu. Nie mogliśmy kontynuować naszej rozmowy o teorii względności - najbliżsi współpasażerowie z lekkością godną polemicznych umiejętności Stefana Niesiołowskiego podjęli "wątek żydowski" i wysiadając na skwerku imienia Zamenhofa (sic!) dowiadywaliśmy się, który członek Rady Miasta Białegostoku pochodzi w prostej linii od Mojżesza.
Uniwersytet bez patrona
Innym objawem tego białostockiego wstydu, który dotyka mnie najbardziej jako uczestnika tutejszej społeczności akademickiej jest fakt, że żadna białostocka uczelnia wyższa nie zdecydowała się na przyjęcie jako swojego patrona Ludwika Zamenhofa. Pytanie: dlaczego? - muszę postawić bez jednoznacznej odpowiedzi, bo - najzwyczajniej w świecie - nie jestem w stanie na nie odpowiedzieć. W Polsce mamy 37 szkół wyższych rangi uniwersytetu, z czego dwie znajdują się w Białymstoku. Żaden z dwóch białostockich uniwersytetów nie ma swojego patrona, choć - jak widać na przykładzie innych - patron wpływa pozytywnie na prestiż uczelni i jej rozpoznawalność na świecie.
Ludwik
Zamenhof jest jak najbardziej oczywistym kandydatem do tego miana, zarówno w przypadku Uniwersytetu Medycznego, jak i Uniwersytetu w Białymstoku. W pierwszym chociażby dlatego, że był przecież z zawodu lekarzem. Jeszcze ciekawiej przedstawiają się losy patrona Uniwersytetu w Białymstoku, a raczej smutne zmagania z jego brakiem. Dyskusja na temat: kto powinien patronować największej białostockiej uczelni wyższej obfituje raczej w momenty zastoju i zażenowania niż racjonalnej i posuwającej się do przodu dyskusji środowiska. Pojawiają się kandydaci, którzy z Białymstokiem mają wspólnego, delikatnie rzecz ujmując, mało, bądź też tacy, których sława być może dociera poza Białystok, ale jeśli tak, to najwyżej do Choroszczy. Jedna z bardziej poważnych kandydatur, która pojawia się w nieformalnych rozmowach, to postać króla Zygmunta II Augusta, twórcy Rzeczypospolitej Obojga Narodów, związanego z nieodległym Knyszynem. Trudno jednak dziwić się środowiskom, dla których Unia zawiązana w 1569 roku w Lublinie, wiążąca Królestwo Polskie z Wielkim Księstwem Litewskim, nie była historycznym porozumieniem dla rozwoju tych państw, ale sposobem na długotrwałe zdominowanie słabszych grup etnicznych, które wybiły się na niepodległość dopiero w XX wieku. Dodatkowym argumentem przeciwko Augustowi są jego małe związki z nauką.
Globalny, lokalny, łączący, markowy
Jaki powinien być więc patron uniwersytetu? Po pierwsze, powinien być postacią rozpoznawalną i cenioną nie tylko w skali kraju, ale globalnie, ponieważ nauka ma obecnie charakter globalny. Równocześnie powinien być on związany z lokalnym kontekstem, w jakim działa i rozwija się uniwersytet. Po trzecie, powinien łączyć, a nie dzielić. Dobrze też, jeśli osoba taka jest w jakiś sposób związana ze światem nauki. I, last but not least , patron uniwersytetu powinien budować jego markę, czy, bardziej tradycyjnie, prestiż - powinien być znakiem rozpoznawczym uczelni.
Nietrudno zgadnąć, która osoba spełnia wszystkie te warunki. Wyszukiwarka internetowa, po wpisaniu do niej nazwiska Zamenhofa, gotowa jest zabrać nas do miliona trzystu siedemdziesięciu tysięcy miejsc w globalnej sieci. Dla porównania: hasło "Juliusz Słowacki" daje nam już tylko niewiele ponad trzysta tysięcy wyników, "Zygmunt II August" - podobną ilość. Sława najsławniejszego białostockiego Żyda - Ludwika Zamenhofa - dystansuje sławy wszystkich pozostałych kandydatów razem wziętych i - jak wspomniałem wyżej - dociera nawet do kosmicznych przestrzeni między Jowiszem a Marsem. Czytelnikom pozostawiam odpowiedź na pytanie, dlaczego wstydzimy się tej osoby i jej dokonań, pomimo, iż 150 lat temu urodziła się ona właśnie tutaj, gdzieś w kwartale między obecną aleją Piłsudskiego, Sienkiewicza i Placem Miejskim.
Jednakże Zamenhof jest postacią o znaczeniu globalnym nie z powodu milionów stron internetowych mu poświęconych. Projekt, którego pomysłodawcą i wykonawcą był Ludwik Zamenhof - projekt uniwersalnego języka całej ludzkości - był nie tylko idealistyczną utopią, wynikającą z niezgody na świat, w którym ludzie toczą ze sobą wojny, ponieważ nie mogą się dogadać, żyjąc od tysiącleci pod ruinami zburzonej przez Boga Wieży Babel. Esperanto jest - przede wszystkim - najbardziej udaną w dziejach ludzkości próbą stworzenia języka sztucznego. Posługuje się nim, według ostrożnych obliczeń, do miliona ludzi na całym świecie. Jest więc esperanto nie tylko spektakularnym w skali światowej eksperymentem lingwistycznym, analizowanym i rozwijanym nieustannie przez naukowców, ale również czymś, co rzeczywiście łączy ludzi i daje nadzieję .
Duma i uprzedzenia
Dlaczego więc - nie tylko jako środowiska naukowe, ale również jako Białostoczanie - nie wykorzystujemy tego ogromnego potencjału, jaki kryje się w postaci Zamenhofa i jego dzieła? Dlaczego przemykamy w skrępowanym milczeniu obok jego kandydatury na patrona Uniwersytetu w Białymstoku? Czy mamy się czego wstydzić, skoro - w przeciwieństwie do wielu innych miast polskich - jak Kielce czy Jedwabne - historia naszego miasta nie zanotowała jawnych i splamionych krwią przejawów konfliktów polsko-żydowskich, tak w trakcie wojny, jak i przed nią? Dlaczego tysiącom ludzi, którzy budowali wielkość tego miasta i jego sławę, nie należy się z naszej strony pamięć i przypominanie? Dlaczego w końcu największy białostoczanin, jakiego dała nam historia, jest bardziej przedmiotem uprzedzeń niż dumy?
* Radek Oryszczyszyn, Instytut Socjologii UwB, oryszczyszyn@gmail.com